Jesień w Wielkopolsce przyszła późno w tym roku. W Zalasewie powietrze pachniało jeszcze sierpniowym słońcem, choć kalendarz już dawno przeskoczył do października. Na parkingu przed halą sportową morze barw: klubowe szaliki, koszulki z numerem „16”,oraz portrety Arka Gołasia na banerach. W powietrzu coś pomiędzy tęsknotą, a dumą.
Dwadzieścia lat od śmierci jednego z najbardziej obiecujących polskich siatkarzy, a jego nazwisko wciąż przyciąga tłumy. Jeszcze zanim otwarto bramy hali w Zalasewie, było wiadomo, że to nie będzie zwykły turniej. Samochody z całej Polski zjeżdżały się pod poznańskie przedmieścia, a na plakatach powiewały nazwiska czterech drużyn, które w tym roku postanowiły uczcić pamięć tragicznie zmarłego siatkarza: PGE GiEK Skra Bełchatów, ZAKSA Kędzierzyn-Koźle, Aluron CMC Warta Zawiercie oraz goście z Niemiec – Berlin Recycling Volleys. To połączenie tradycji z nowoczesnością. Polska szkoła siatkówki zderzyła się z niemiecką dyscypliną i zachodnią precyzją. Ale w Zalasewie liczy się coś więcej niż rywalizacja – pamięć o człowieku, który swoją grą i uśmiechem potrafił łączyć ludzi.
Wspomnienie, które nie blaknie
Arkadiusz Gołaś zginął w 2005 roku, mając zaledwie 24 lata. W tamtym czasie był już filarem reprezentacji Polski i zawodnikiem włoskiego Lube Banca Macerata. Dwadzieścia lat później jego nazwisko wciąż elektryzuje. Na trybunach twarze młodych kibiców, którzy nigdy nie widzieli Gołasia na żywo, i starszych, którzy pamiętają jego debiuty w AZS-ie Częstochowa. Wśród transparentów powiewają słowa: „Gramy dla Arka”, „Zawsze z nami”, „16 – nieśmiertelny numer”.
– To był wspaniały zawodnik. Kto wie jak dalej potoczyłaby się jego kariera? – mówił przed rozpoczęciem zawodów Krzysztof Stelmach, trener PGE GiEK Skry Bełchatów. – Miałem okazję grać z Arkiem. Był jednym z tych ludzi, którzy potrafili rozbroić każdą presję jednym uśmiechem. Dobrze było mieć takiego kolegę i takie wparcie, kiedy grał na zagranicznych parkietach – wspomina Stelmach.
Dzień pierwszy – otwarcie z charakterem
Turniej rozpoczął się od pojedynku Skry Bełchatów z Aluronem CMC Wartą Zawiercie. Bełchatowianie, prowadzeni przez młodych zawodników wspieranych przez doświadczonych graczy, pokazali, że mimo zmian w składzie wciąż potrafią grać z pasją. Z kolei podopieczni Michała Winiarskiego imponowali dyscypliną i dokładnością w przyjęciu. Pierwsze spotkanie tego dnia rozgrzało parkiet do czerwoności, bowiem o wygranej musiał zadecydować tie-break, w którym swoją dominację pokazali zawiercianie. – Jest jeszcze wiele aspektów do poprawy, ale zaczyna to wyglądać naprawdę fajnie – powiedział po meczu szkoleniowiec Aluronu.
Drugim spotkaniem, wyczekiwanym tego dnia przez kibiców, było starcie ZAKSY Kędzierzyn Koźle z Berlin Recycling Volleys. Zupełnie zmieniona drużyna Andrea Gianiego weszła na to spotkanie z najmocniejszą szóstką. Jednak w pierwszym secie znane nazwiska nie wystarczyły do pokonania niemieckiej drużyny. Dopiero w drugim secie gra ZAKSY, zaczęła wyglądać imponująco, jednak by rozstrzygnąć, kto zagra w finale potrzebny był znów tie-break. Ostatecznie to drużyna z Kędzierzyna-Koźla zameldowała się w finale. W sobotę na parkiecie najbardziej wyróżniał się Kamil Rychlicki, który w tym roku wraz z włoską reprezentacją stanął na najwyższym podium Mistrzostw Świata. – Postanowiłem przenieść się do polskiej ligi, aby sprawdzić czy rzeczywiście jest to najlepsza liga na świecie. Po tylu sezonach we Włoszech, przyszedł czas na zmiany – mówił po debiucie na polskiej siatce właśnie Kamil Rychlicki, który został MVP tego spotkania.
ZAKSA w swoim żywiole
Niedziela należała do ZAKSY Kędzierzyn-Koźle. Trzykrotni triumfatorzy Ligi Mistrzów pokazali, że mimo trudnego początku sezonu, potrafią włączyć odpowiedni bieg, gdy stawka jest symboliczna. W finale z Zawierciem rozegrali siatkarską ucztę – dynamiczne wymiany, perfekcyjne obrony i gra, która zachwycała nawet neutralnych kibiców. Winiarski gestykulował przy linii, próbując zatrzymać rozpędzonych kędzierzynian. Jego podopieczni walczyli do końca, ale ZAKSA okazała się zbyt stabilna. Widzowie otrzymali widowisko na najwyższym poziomie – efektowne bloki, wybuchy radości po punktach, ale też gesty wzajemnego szacunku. Jurajscy Rycerze prowadzili już 2:0, ale kędzierzynianie odwrócili losy meczu i triumfowali po tie-breaku. Po spotkaniu wręczono pamiątkowe puchary i wybrano drużynę marzeń turnieju, w której znaleźli się: Miłosz Zniszczoł, Bartosz Kwolek, Miguel Tavares, Mateusz Rećko, Bartosz Fijałek ora Kamil Rychlicki.
Na placu przed halą wolontariusze rozdawali dzieciom mini-piłki z napisem „Memoriał Gołasia – 20 lat razem”. W korytarzu obok głównego wejścia przygotowano wystawę zdjęć – od młodzieńczych lat Arka w Częstochowie po jego ostatnie mecze w kadrze. Memoriał w Zalasewie to nie tylko wspomnienie – to żywa lekcja o wartościach. O przyjaźni, o wspólnocie, o tym, że sport może łączyć nawet wtedy, gdy już nie ma kogoś na boisku. I może właśnie dlatego, po dwudziestu latach od tragicznego wrześniowego dnia 2005 roku, imię Arkadiusza Gołasia wciąż brzmi tak samo mocno. Jak echo zagrywki, która nigdy nie przestaje lecieć.


