Spacer bez celu uchodzi dziś za niewinną formę odpoczynku, neutralny gest miejskiej codzienności. W rzeczywistości jest jednak jedną z najbardziej niedostępnych praktyk współczesnego życia – wymagającą czasu, bezpieczeństwa ekonomicznego i dystansu wobec przymusu produktywności. To, kto może pozwolić sobie na bezcelowe bycie w mieście, nie jest kwestią temperamentu ani stylu życia, lecz strukturalnego uprzywilejowania. Miasto bowiem nie wszystkim oferuje to samo prawo do czasu.
Wyobraźmy sobie człowieka ustawionego. Rentiera. Kogoś, kto nie musi codziennie sprzedawać swojego czasu, bo ma akcje dobrze prosperującej firmy, nieruchomości, jednym słowem – kapitał, który pracuje sam. Nie epatuje bogactwem, nie obnosi się z nim. Po prostu mieszka w centrum dużego polskiego wojewódzkiego miasta, bo może. A centrum, co istotne w tym przypadku, nie jest tu stylem życia, tylko infrastrukturą uprzywilejowania.
Ten człowiek wychodzi z domu i idzie. Bez celu. Nie dlatego, że chce coś przemyśleć, poprawić kondycję albo odetchnąć po pracy. On idzie, bo nic go nie goni. Jego czas nie należy do grafiku, do aplikacji, do kogoś innego. Może pozwolić sobie na brak planu, bo brak planu nie niesie dla niego ryzyka.
Miasto nierównego czasu
Spacerując, mija miasto, które dla większości ludzi nie jest przestrzenią, tylko zadaniem do wykonania. Widzi samochody stojące w korkach. Stare, głośne, nieekologiczne. I nie interpretuje ich jako efekt złych wyborów jednostek. Raczej jako dowód na to, jak bardzo wolność poruszania się została sprywatyzowana. Ci ludzie jadą, bo muszą. Dojeżdżają z peryferii, z suburbiów, z miejsc, gdzie mieszka się taniej, ale żyje drożej – czasem płacąc zdrowiem, a niemal zawsze stresem.
Samochód nie jest wtedy symbolem niezależności, lecz narzędziem przymusu. Bez niego nie da się dojechać do pracy, szkoły, lekarza. Ludzie stoją w nim w korkach, trąbią na siebie nawzajem, jakby winni byli inni kierowcy, a nie układ miasta, rynku mieszkaniowego i pracy. Ich codzienność to ciągłe bycie „w drodze”, bez momentu zawieszenia.
Ale nasz rentier idzie dalej. Zatrzymuje się przy kawiarni. W środku siedzi niewielu ludzi. Jeśli już są, widać, że to dla nich wydarzenie. Odświętne ubrania, staranność, napięcie. Wyjście „do miasta” ma charakter rytuału, a nie nawyku. Nie dlatego, że brakuje im gustu czy potrzeby, ale dlatego, że brakuje im marginesu finansowego i czasowego.
Dla niego kawiarnia jest elementem krajobrazu. Może wejść, może nie wejść. Może usiąść na pięć minut. Albo może wyjść bez poczucia, że właśnie „zrobił coś dla siebie”. Ten brak ciężaru decyzji jest istotą uprzywilejowania. Nie chodzi o cenę kawy, tylko o koszt uczestnictwa w mieście jako czymś naturalnym.
W tym momencie pojawia się zawahanie. Bo łatwo byłoby opisać tych ludzi jako „uwięzionych”, a jego samego jako „świadomego”. Byłoby to jednak fałszywe. On widzi te nierówności właśnie dlatego, że jego życie w dużej mierze z nich czerpie. Perspektywa krytyczna nie wynika z przenikliwości, tylko z dystansu. A dystans z kapitału.
Według wielu magów prawdziwym luksusem nie są pieniądze, tylko czas. To zdanie bywa powtarzane jak aforyzm, ale dopiero na przykładzie takiego spaceru widać, że czas nie jest abstrakcyjną wartością. Jest produktem ubocznym własności. Pieniądze nie kupują czasu bezpośrednio, lecz dają możliwość, by go nikomu nie sprzedawać.
Strukturalna niewola tempa
Wracając do naszego bohatera – rentier mija ludzi, którzy biegną. Nie sportowców, nie amatorów joggingu. Mijani ludzie biegną, bo muszą się zmieścić między jednym obowiązkiem a drugim. Ich ruch jest podporządkowany. Każdy krok ma funkcję. Spacer bez celu byłby dla nich stratą, nie dlatego, że są „zapracowani”, tylko dlatego, że system nie pozostawia im marginesu. Marginesu na nicnierobienie, na dryfowanie, na bycie w mieście bez zadania. I tu pojawia się słowo, które brzmi zbyt mocno, ale trudno je całkiem odrzucić: niewolnictwo. Nie w znaczeniu historycznym, lecz strukturalnym. Większość ludzi, których rentier mija, nie dysponuje swoim czasem. Ich energia, uwaga i ruch są podporządkowane cudzym potrzebom: pracy, rynkowi, kredytom, logistyce miasta. Bezcelowość jest dla nich niedostępna, a więc luksusowa.
Spacer tego człowieka nie jest więc gestem wolności w sensie uniwersalnym. Jest wskaźnikiem. Pokazuje, jak wąska jest grupa ludzi, którzy mogą pozwolić sobie na życie bez nieustannej orientacji na cel. Jak niewielu ma dostęp do miasta jako przestrzeni na doświadczanie, a nie wyłącznie jako toru przeszkód.
I kiedy ten rentier idzie dalej, bez pośpiechu, nie towarzyszy mu poczucie triumfu. Raczej coś w rodzaju cichego napięcia. Bo jeśli tak elementarna rzecz jak chodzenie bez powodu staje się przywilejem garstki, to znaczy, że nierówności nie są już tylko kwestią dochodów. Są kwestią tempa życia, dostępu do czasu i prawa do bycia w świecie bez uzasadnienia. A to, choć jeszcze nie do końca nazwane, wydaje się problemem znacznie poważniejszym.
Źródło zdjęcia: freepik


