Otwórz oczy. Masz wszystko, o czym kiedykolwiek marzyłeś. Otrzymałeś aplauz, zdobyłeś spojrzenie, którego tak pragnąłeś, masz ten upragniony telefon, otrzymałeś wymarzony wynik na egzaminie. Masz wszystko, a nawet więcej. Dlaczego więc odwracasz wzrok? Czy przytłoczył Cię natłok tego, co posiadasz?
Bywa tak, że bardzo pragniemy konkretnych rzeczy lub stanów. Wydaje się nam, że zdobycie ich oznacza spełnienie marzeń; że jeśli coś posiądziemy, będziemy spełnieni, kompletni. Żyjemy złudną nadzieją, że to nas zaspokoi. Tymczasem rzeczywistość okazuje się zupełnie inna.
Samozwańczy demiurg własnej predestynacji
W swojej filozofii święty Augustyn mówił o predestynacji – przekonaniu, że los człowieka jest w pewnym sensie z góry określony. Co oznacza to dla współczesnego człowieka? Można interpretować tę myśl jako refleksję nad ograniczeniem ludzkiego spełnienia, nad faktem, że nic w świecie nie jest w stanie nas w sposób trwały zaspokoić. Nieustannie dążymy do czegoś więcej.
W życiu ciągle biegamy za czymś nieuchwytnym. Po osiągnięciu jednego celu natychmiast wyznaczamy kolejny. Mieliśmy być szczęśliwi, gdy zdobędziemy wymarzoną pracę, kupimy samochód czy zdobędziemy uznanie innych – tymczasem poczucie spełnienia okazuje się krótkotrwałe. Ludzka egzystencja przypomina niekończący się kołowrotek pragnień. Stajemy się kowalami własnego losu i, jak pisał Jean-Paul Sartre, jesteśmy odpowiedzialni za to, jakimi siebie uczynimy.
Nie ma noży dobrych i nie ma noży złych
Rzeczy same w sobie nie posiadają żadnej wartości, to my, ludzie, nadajemy im znaczenie. Dla własnego komfortu psychicznego określamy wagę przedmiotów i stanów, przypisując im szczególną wagę, wierząc, że ich zdobycie przyniesie nam spełnienie. W ten sposób oswajamy rzeczywistość i budujemy narrację, która nadaje sens naszym wysiłkom. Jednak problem pojawia się wtedy, gdy zaczynamy wierzyć, że osiągnięcie celu zagwarantuje trwałą zmianę, wieczne szczęście.
Psychologia opisuje ten mechanizm jako adaptację hedonistyczną, nazywaną również metaforycznie „pułapką bieżni”. Naukowcy, między innymi Philip Brickman i Donald T. Campbell, zauważyli, że ludzie bardzo szybko przyzwyczajają się zarówno do sukcesów, jak i do porażek. Ich badania jedynie potwierdzają tezę, że nic w świecie nie zadowoli nas permanentnie – euforia po awansie, radość z dobrej oceny, one zawsze z czasem słabną. Ten proces pozwala nam jedynie wrócić do bazowego poziomu odczuwania.
Po osiągnięciu celu czujemy szczęście i dumę, lecz ten stan nie trwa zbyt długo. To, co było marzeniem, staje się codziennością. Nowy telefon przestaje zachwycać, nowa posada w pracy zamienia się w zwykły, nudny obowiązek, a osiągnięcia naukowe i tytuły to jedynie kolejne punkty do zamieszczenia w CV. Oswajamy się z nowym stanem komfortu szybciej, niż byśmy się tego spodziewali.
Każde spełnione pragnienie rodzi następne. Osiągnięty cel traci wyrazistość, a my zaczynamy wyznaczać kolejny. Biegniemy więc na bieżni utkanej przez nasz własny umysł – nie po to, aby dotrzeć do mety, lecz by na chwilę poczuć pęd.
Poza bieżnią
Skoro ani filozofowie sprzed wieków, ani współcześni psychologowie nie potrafią jednoznacznie zdefiniować szczęścia, może warto spojrzeć na nie z innej perspektywy. Wyobraź sobie bieżnię. Tym razem to nie Ty biegniesz, jesteś jedynie obserwatorem, czekającym, aż maszyna zwolni. Widzisz człowieka usiłującego dotrzeć do końca taśmy, choć dobrze wiesz, że jej bieg nigdy się nie skończy.
Każdego dnia jesteśmy takimi biegaczami, którzy próbują zmierzyć się z własnymi ambicjami i marzeniami. Stale biegniemy, by podsycać poczucie szczęścia i doświadczać go jedynie przez chwilę. Czy jednak to właśnie jest jego prawdziwa definicja?
Być może lepiej być jak ten obserwator, który jako jedyny pozostaje świadomy krótkotrwałości tego stanu. Świadomość mechanizmu nie zatrzyma biegu, lecz pozwoli spojrzeć na własne pragnienia z dystansem. A ten dystans może, choć nie musi, stać się pewnego rodzaju początkiem wewnętrznego spokoju.
Źródło zdjęcia: Freepik


