Poszło z dymem (dosłownie)

21 kwietnia 2026

„Life is Strange, podążając ścieżką wytoczoną przez tytuły takie jak „Heavy Rain” i „Remember me”, przyniosło ze sobą unikalny setting i historię, która 11 lat później nadal podbija serca graczy. 

Historia ówcześnie nastoletnich Max i Chloe dobiegła jednak oficjalnie końca. 26 marca 2026 roku miała swoją premierę gra zamykająca ten rozdział w kultowej serii. „Life is Strange: Reunion” to tytuł obarczony wieloma oczekiwaniami, zwłaszcza po krytycznie przyjętym „Double Exposure”. Jak zapowiedzieli twórcy, to „ostatnia szansa dla Max i Chloe” i jednocześnie ostatnia szansa, by dobrze zakończyć poświęconą im opowieść.

Stare twarze, nowe demony

Po poprzedniku z 2024 roku, który zakończył się w iście marvelowskim klimacie, nie miałem wielkich oczekiwań. Spodziewałem się gry w stylu ligi herosów, mających na celu zwalczenie nieuniknionego zła. Jako fani dostaliśmy jednak niezwykle emocjonalnie angażującą historię o śledztwie, przyjaźni, miłości i walce z przeznaczeniem. Czyli grę na miarę serii, do której należy.

Sama linia narracyjna gry rozłożona jest na trzy intensywne dni, gdzie Max wraz z pomocą swoich kompanów stara się zapobiec pożarowi, który wybuchnie na terenie Caledon University. Wciągnięta jednak w wir śledztwa szybko odkrywa, że sprawy są bardziej skomplikowane, niż myślała. Tajne studenckie stowarzyszenie, nowy rektor uniwersytetu i powrót starych twarzy wiążą się pojawieniem kolejnych problemów.

Dar czy przekleństwo?

Coś, za co fani pokochali pierwsze „Life is Strange”, to możliwość cofania czasu. Bo jak lepiej opowiedzieć historię kształtowaną przez wybory gracza, niż dając mu szansę na ich natychmiastową weryfikację?

W „Reunionmechanika ta powraca jednak z o wiele większym ciężarem gatunkowym. O ile w Blackwell Academy manipulowanie rzeczywistością wydawało się niemal magicznym darem, o tyle w Caledon University czuć, że każda sekunda jest tu na miarę złota. Twórcy nie oszczędzają graczy, stawiając im wyzwania czasowe, które bez ingerencji mocy są niemożliwe do zrealizowania.

Powrót duetu, na który czekaliśmy

Nieodzownym elementem pierwszej części serii była relacja Max i Chloe. Niezależnie, czy gracz decydował się na pozostawienie ich w relacji przyjacielskiej, czy brnął w nastoletni romans.

Mając w pamięci „Double Exposure”, obawiałem się, w jaki sposób twórcy rozwiążą kwestię powrotu Chloe. Uważam jednak, że mimo pewnych niekonsekwencji fabularnych i nagięć w czasoprzestrzeni był to strzał w dziesiątkę.

Niezmiernie brakowało mi oryginalnego duo znanego ze swojej dynamiki. Zabawnej, już nie tak wycofanej Max oraz Chloe o ostrym języku i przebojowym stylu. Tym razem jednak w dojrzalszej, starszej wersji. Dla queerowej, kobiecej niszy, w którą 11 lat temu uderzyła ta gra, nie mogło być mocniejszego powrotu.

Więcej niż tylko ścieżka dźwiękowa

Każde „Life is Strange” to swego rodzaju przedsięwzięcie kinematograficzne. Od storytellingu, przez kadry i oświetlenie, aż po muzykę, która pełni w tej serii kluczową rolę.

Twórcy z wielką starannością przygotowali dla fanów playlistę pełną emocjonalnych wzlotów i upadków. Śledząc losy Max i Chloe, gracze usłyszą utwory takich artystów jak girl in red, Foals, Daughter czy Tessa Rose Jackson.

Cena ostatniego wyboru

Nie żartowałem, mówiąc, że wszystko poszło z dymem. Finał, a właściwie mnogość alternatywnych zakończeń, pozostawiły we mnie ogromną pustkę. To jest właśnie to, czego brakowało mi w poprzednim tytule. Ten słodko-kwaśny posmak, który nie daje łatwego ukojenia. Zamiast tego zmusza, by wrócić do gry i jeszcze raz zmierzyć się z tą angażującą emocjonalnie historią.

W zależności od postępów w śledztwie i zebranych dowodów, na gracza czekają różne rezultaty. Jednak to ten jeden, krytycznie ciężki wybór na końcu gry ostatecznie kładzie się cieniem na wydźwięku całej serii.

Źródło zdjęcia: Oficjalny materiał promocyjny

21 kwietnia 2026