Czy grafika reklamowa ma tylko sprzedawać, czy wzbudzać głębsze emocje? W Muzeum Sztuk Użytkowych w Poznaniu wystawa „Moda na papierze” pokazuje, jak przez dekady zmieniała się rola plakatu w branży modowej. Jednocześnie jest to zestawienie polskiej powściągliwości z japońskim rozmachem i dowód, że obraz od zawsze sprzedawał emocje, idee i styl życia.
W dzisiejszych czasach ciężko wyobrazić nam sobie przemysł odzieżowy bez unikalnej komunikacji marketingowej. Każda marka walczy o uwagę klienta na różne sposoby: oprócz tradycyjnych kanałów, ma swojego Instagrama, stronę internetową i aplikację mobilną. Wszystko pełne spójnych grafik reklamujących firmę. Szeroka przestrzeń internetowa nie oznacza jednak, że zniknęły tradycyjne formy komunikacji. Wręcz przeciwnie – jednym ze sposobów na przyciągnięcie klientów były i są grafiki w przestrzeni miejskiej. Przystanki autobusowe, ściany budynków czy witryny sklepowe są pełne plakatów informujących o potędze marki i jej najnowszych kolekcjach modowych. Pojawia się pytanie: czy takie plakaty można zaliczyć do sztuki, czy do zwykłego marketingu? Ten dylemat stara się rozwiązać najnowsza wystawa w poznańskim Muzeum Sztuk Użytkowych, przekonując zwiedzających o walorach artystycznych prac graficznych reklamujących modę z ubiegłego wieku.
Grafika na topie
Muzeum Sztuk Użytkowych w Poznaniu dużą część swojej działalności poświęca projektowaniu graficznemu. Od kilku lat organizowany jest cykl wydarzeń pod nazwą „Graphic Concept”. W aktualnej edycji muzeum oferuje chętnym wykłady między innymi o projektowaniu książek, mistrzach plakatu oraz kompozycji.
Właśnie w ramach projektu „Graphic Concept”, w podziemiach muzeum powstała wystawa czasowa pod nazwą „Moda na papierze”. Prezentuje plakaty dotyczące mody ze zbiorów muzealnych, a twórcy pochodzą z dwóch odległych sobie regionów kulturowych. Co więcej, oprócz plakatów reklamujących marki, część dotyczy konkursów odzieżowych i pokazów mody. Choć organizatorzy reklamują wystawę jako poświęconą projektom graficznym z drugiej połowy XX wieku, nie brakuje plakatów z obecnego stulecia.
Jak możemy przeczytać w informatorze wystawy, pomimo że grafika była ważną dziedziną sztuki w Polsce socjalistycznej, branża modowa nie była wtedy na wysokim poziomie. Jakościowe domy modowe, na które zwracają uwagę organizatorzy wystawy to Moda Polska, Leda, Telimena, Wólczanka i Modena. To właśnie ich plakaty reklamowe możemy zobaczyć na ekspozycji w polskiej sekcji.
Dwa światy
Wystawę podzielono na dwa pomieszczenia. W pierwszej części prezentowane są plakaty z polskiego podwórka, a w drugiej prace japońskich twórców. Na pierwszy rzut oka można powiedzieć, że poziom warsztatu polskich grafików w XX wieku nie dorastał Japończykom do pięt. Cechami charakterystycznymi polskich plakatów były intensywne kolory, powtarzalne wzory i charakterystyczna kreska graficzna. Od lat 90-tych widać u rodzimych twórców pierwsze eksperymenty z komputerową manipulacją obrazem. Fotomontaże – dziś powiedzielibyśmy cringe’owe – wtedy świadczyły o nowoczesności marki. To wszystko, w porównaniu z japońską finezją kolorów, dopracowanymi fotografiami i ciekawą kompozycją, uwydatnia różnice. Japońskie plakaty skupiają się na artyzmie w większym stopniu, niż prezentowane polskie przekazy reklamowe. Co istotne, obiekt reklamowany często nie jest wyeksponowany w tak oczywisty sposób.
Na polskich grafikach królują teksty proste, czysto marketingowe. Wólczanka reklamuje się pod hasłem „Nasze koszule – Twój sukces”, a reklamę szminek zdobi napis „Uroda. Kredki do warg”. Tymczasem w japońskiej sekcji uwagę przykuwają wyrafinowane teksty. Szminki reklamowane są zdaniem „Pokoloruj, a nastanie wiosna”, a na plakacie z bielizną widać hasło: „Na co dzień pozostaje niewidoczne. Właśnie dlatego wariujesz. Pięknie, pięknie, coraz piękniej.” Kilka z plakatów firmy Parco stara się zachęcić oglądających do głębszej refleksji pytaniem „Czy Zachód potrafi ubrać się we wschodnim stylu?” lub cytatem Denisa Pascala „Słowik nie schlebia nikomu – po prostu śpiewa”.
Łatwo uzasadnić polskie „tyły” graficzne: żelazna kurtyna nie pomagała rodzimym artystom na otwieranie się na międzynarodowe trendy artystyczne. Do tego opóźnione wejście na polski rynek nowych technologii pogłębiło te różnice. Finisaż wystawy zaplanowano na pierwszy dzień lutego. Do tego czasu Muzeum Sztuk Użytkowych można odwiedzać codziennie oprócz poniedziałków, a we wtorki obowiązują darmowe wejściówki. Przy okazji wizyty, nie zaszkodzi zarezerwować więcej czasu, żeby zwiedzić wystawę stałą – bilet studencki zawsze kosztuje złotówkę, a muzealne zbiory robią wrażenie.
Źródło zdjęcia: Anna Bielecka


