Premiera serialu „Heweliusz” (reż. Jan Holoubek) wywołała ostatnio znaczne ożywienie medialne. Opisał on fabularnie katastrofę promu „Jan Heweliusz” z 14 stycznia 1993 roku oraz jej konsekwencje. Szczególnie skupił się na ukazaniu roli poszczególnych jednostek dla tej historii. Zwrócił też uwagę na rzeczywistość Polski lat 90. Jej dokładne przedstawienie daje odbiorcy wrażenie przeniesienia się do tamtych czasów. Czy nie wydaje się zastanawiające, że opowieść sprzed prawie 30 lat wciąż znajduje taki oddźwięk?
Rzecz jasna właściwe będzie zwrócenie uwagi na wysoką jakość gry aktorskiej, efekty specjalne, zdjęcia. Jednakże kluczowy jest fakt umieszczenia akcji w niecodziennej dla nas przestrzeni – na wzburzonym morzu. Miejscu dla człowieka obcym i niebezpiecznym, zmuszającym go do pozostania zawsze w stanie poczucia obcości i dystansu od codziennego życia. W szczególności dla marynarzy stanowi ono formę oddalenia od ojczyzny czy kochającej rodziny.
Spotkanie z samym sobą
Gdy statek ulega wypadkowi, moment ten zyskuje dla osób będących jego częścią wymiar sytuacji granicznej. Pojęcie to, za Karlem Jaspersem, rozumie się jako szczególną chwilę w życiu człowieka, który ze względu na niemożność pominięcia jej staje w prawdzie wobec samego siebie. Sytuacja graniczna zmusza do podejmowania nagłych decyzji wykraczających poza normalny zakres jego działań; jest to forma próby. W tym duchu zinterpretuję serialową katastrofę, zarazem ukazując w szerszym kontekście to, jak sytuacje graniczne są ukazywane w kulturze.
„Graniczność” jest wzmocniona poprzez osadzenie serialu w określonym kontekście społeczno-historycznym. Odpowiada on w definicji Jaspersa za aspekt niedającej się pominąć obiektywnej rzeczywistości. Jest nią trwająca transformacja ustrojowa oraz gospodarcza. Ciągle jeszcze nie doszło wtedy do wymiany kadr w administracji czy biznesie, z komunistycznych na te wyrosłe już w społeczeństwie demokratycznym. Wśród nich częste było zjawisko korupcji, nepotyzmu i kumoterstwa. Stąd wynikała próba tuszowania przyczyn tragedii po katastrofie. Miała ona na celu przeniesienie odpowiedzialności z organów państwa na pojedyncze jednostki. Konsekwencją trwających przemian ekonomicznych był wzrost bezrobocia oraz związane z nim pogorszenie warunków życia. Szczególnie dotknęło to rodzin zmarłych, pozbawiając je środków do życia.
Nieuchronny los?
Rejs promu miał być taki sam jak wszystkie inne. Bałtyk jest niełatwym morzem dla żeglugi – częste są sztormy. Prom o tak dużej wyporności nie zatonąłby ot tak. Doprowadził do tego zbyt duży załadunek, niedokończony remont i błędy konstrukcyjne statku. Finalnie dochodzi do przechyłu w momencie wykonania skrętu. Heweliusz traci sterowność. Kapitan Andrzej Ułasiewicz musi zaradzić problemowi, nic jednak nie pomaga. Ostatecznie, widząc, że statek tonie, prosi o pomoc znajdujące się w pobliżu jednostki za pomocą hasła Mayday. Załoga się ewakuuje.
Kapitan postanawia jednak zostać na mostku. Nie chce opuścić statku, udowadniając w ten sposób odpowiedzialność związaną z pełnionym stanowiskiem. Wypadek był zasadniczo niemożliwy do uniknięcia. Mimo to mężczyzna nie chce być zapamiętany jako ten, który zatopił swój statek, po czym ratował się ucieczką. Chce być uważany za marynarza poległego w walce z morskim żywiołem. Równie dobrze można wyobrazić sobie inny scenariusz. Kapitan postanawia ewakuować się na tratwie ratunkowej wraz z resztą załogi. Nieważne, czy zostałby uznany za winnego katastrofy, czy nie. Wątpliwe, by znowu pozwolono mu stanąć za sterem, nawet z powodu samego tylko skojarzenia z katastrofą. Musiałby ułożyć swe życie na nowo, lecz czy byłby w stanie?
Lądowa śmierć marynarza
Próba ucieczki od sytuacji granicznej (w tym wypadku niebezpieczeństwa wiążącego się z życiem na morzu) może się wiązać z silnym odium społecznym. Japoński pisarz Yukio Mishima (1925–1970) w powieści wydanej w Polsce pod tytułem „Na uwięzi” kreśli wizję żeglarza uciekającego ze swojego statku jako rzecz godną pożałowania. Według niego taki człowiek traci powód do dalszego życia. Jeszcze gorzej, jeśli czyni to, będąc młodym, w pełni sił witalnych – szczególnie z powodu miłości. Na kanwie tego grupa młodych chłopców, uraczona archetypem bohaterskiego marynarza, pogardza nim. Postanawiają pozbawić go życia, co w końcu czynią. Prawdopodobnie nigdy nie zaznali prawdziwego życia na statku, lecz ta niemożność złączenia ze sobą mitu heroicznego ze zwykłą rzeczywistością pcha ich do zbrodni. Sytuacja graniczna jest tu ukazana jako fatum, brak możliwości ucieczki przed losem. Indywidualne pragnienia i marzenia jednostki przestały odgrywać jakiekolwiek znaczenie.
Porównując z serialową historią, tu też ważne były czynniki społeczno-ekonomiczne. Akcja dzieje się w powojennej Japonii – ciągle odbudowującej się z wojennych zniszczeń, gdzie poziom życia był wyraźnie niższy w porównaniu do współczesnego bogactwa Kraju Wschodzącego Słońca. Praca marynarza dawała szansę na stabilne zatrudnienie i dobry zarobek. Z ekonomicznej perspektywy jest to zawód idealny, jeśli pominie się związane z nim zagrożenia.
Wkroczenie realnego
Z jednej strony można odnieść wrażenie, że „Heweliusza” czekał nieuchronny los, z drugiej – gdyby statek był lepiej skonstruowany, być może wszystko potoczyłoby się inaczej. Ostatecznie prowadzi to do jasnego wniosku, że sytuacje graniczne stanowią integralną część ludzkiego życia. W rzeczywistości zbyt wiele czynników decyduje, by móc łatwo moralnie szafować, jak powinno się postąpić.
W pewien sposób prawda została schowana pod osłoną tragicznej nocy roku 1993 i interpretacja zawsze pozostanie skazana na niedokładność. Trzeba też pamiętać o traumie rodzin osób zmarłych, która nadaje temu wszystkiemu głębszy wymiar egzystencjalny, bo ostatecznie na wierzch wychodzi wartość ludzkiego życia, a nie konflikty narracji. Pozostaje mieć nadzieję, że katastrofa na taką skalę już nigdy się w naszym kraju nie powtórzy.
Źródło zdjęcia: Wolfgang Fricke, Wikipedia (licencja), nie dokonano zmian


