Cena życia zwykłego człowieka

17 stycznia 2026
[my_coauthors]

Jest wczesny poranek, godzina 4:46. Od dwóch tygodni trwa rok 1993. W całym kraju szaleje mroźna zima. Młoda III Rzeczpospolita niedawno weszła na drogę reform i demokracji. Ze społeczeństwa socjalistycznego, gdzie liczył się ogół, przechodzi powoli do społeczeństwa obywatelskiego. Takiego, które dba o jednostki. Uśpiony naród nie wie jeszcze, że właśnie w tym momencie, 16,2 mil morskich na wschód od przylądka Kollicker Ort na Bałtyku, prom Jan Heweliusz” pochłaniają lodowate fale morza. 

Ta katastrofa morska była największą w powojennej Polsce. Spośród 60 osób obecnych na statku, ocalało ledwie dziewięć, w tym żaden pasażer. Jej tajemnicę, przyczyny i to, co miało miejsce w toku jej wyjaśniania, zbadał w swoim reportażu „Heweliusz. Tajemnica katastrofy na Bałtyku” Adam Zadworny. 

Dla większego dobra 

Przy takich wydarzeniach zawsze pojawia się pytanie „jak to możliwe?”. Przecież prom służył od wielu lat, na trasie Ystad-Świnoujście tysiące razy przewoził pasażerów, pojazdy i towary. Na to „dlaczego” tkwiące w głowach rodzin ofiar, ale i spółki Euroafrica – armatora promu, którego przyszłość stanęła pod znakiem zapytania – miała odpowiedzieć Izba Morska, rozstrzygająca przyczyny katastrofy. Ta jednak nad dobro rodzin, poczucie sprawiedliwości społecznej, czy zwykłą sprawiedliwość, przedłożyła ratowanie armatora.

Choć od transformacji ustrojowej minęły już prawie cztery lata, głową państwa był demokratycznie wybrany prezydent, a w Sejmie znalazło się aż 29 ugrupowań, Polska nadal znajdowała się w swoistej fazie przejściowej. Ochrona spółki, która w czasach PRLu należała do państwa, a po upadku systemu została sprywatyzowana, z perspektywy lat 90. nie wydaje się tak szokująca. W całej Polsce fabryki, zakłady produkcyjne i przedsiębiorstwa należące wcześniej do skarbu państwa wykupywano za bezcen, po czym czekał je tylko spektakularny upadek. Bezrobocie sięgnęło ponad 16%. Upadek Euroafrici pozbawiłby pracy kolejne tysiące ludzi. Dla Izby Morskiej, którą łączyły silne powiązania personalne z armatorem, wybór był jasny. 

Kogo więc obarczyć winą, jeśli nie spółkę? Tu możliwości było wiele. W dniu katastrofy, znad Kanału La Manche, nad Bałtyk nadciągnął huragan Junior. Siłę wiatru mierzy się na morzu na dwunastostopniowej skali Beauforta. 14 stycznia nad ranem był on tak silny, że skali zabrakło. Dla załóg bałtyckich promów nie było to jednak zaskoczenie, ponieważ zimą trudno tam o dobre warunki. Tego dnia na morzu znajdowało się przecież więcej jednostek i przetrwały one walkę z żywiołem. Heweliusz miał jednak kilka dodatkowych przeszkód do pokonania, które ostatecznie przypieczętowały jego los.

Okręt bardzo zatapialny? 

Statek zaprojektowano i wybudowano w norweskiej stoczni w 1977 roku. Od bliźniaczego promu „Kopernik” różnił go dodatkowy, piąty pokład. Już w dwa tygodnie po oddaniu do użytku, Heweliusz doznał pierwszego urazu. Uderzył w nadbrzeże szwedzkiego portu w Ystad. Jak pisze Zadworny, o tym wypadku nie informowała polska prasa, ponieważ „w PRLu nawet liczba katastrof była reglamentowana”. Według kapitanów, którzy pływali na Heweliuszu, statek miał problemy ze statecznością i sterownością. System, który odpowiadał za regulację przechyłu przy rozładunku i załadunku, również nie pomagał w żegludze. Przy niezamkniętych zaworach, woda przelewała się z jednego zbiornika do drugiego, dociążając statek z jednej strony i powodując niespodziewane przechyły. Jakby tego było mało, w 1986 roku na promie wybuchł pożar, który zmusił armatora do remontu. Ten jednak został przeprowadzony po kosztach, a na jeden z pokładów wylano beton, który dociążył statek o dodatkowe 120 ton. Oficjalnie na Heweliuszu zarejestrowano łącznie 26 wypadków i awarii. 

W polskim wymiarze sprawiedliwości katastrofę tę objęła więc zmowa milczenia i wzajemnej ochrony. Wdowy po pasażerach i marynarzach swoich krzywd doszły dopiero przed Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Tragiczne warunki pogodowe i wady statku nie wystarczyły bowiem Izbie Morskiej jako wyjaśnienie katastrofy. Pośmiertnie częściową winą obarczono kapitana Andrzeja Ułasiewicza oraz załogę, która nie zdołała uratować pasażerów. Armator nie mógł wziąć odpowiedzialności na siebie, ponieważ wysokości odszkodowań pochłonęłyby wartość spółki. Pozostaje jednak kwestia, za którą odpowiedzialności nie da się zrzucić na siłę wyższą, czy martwych marynarzy.

Specjalne kombinezony, które zapobiegają utracie ciepła ludzkiego ciała w razie katastrofy, na Heweliuszu miała tylko załoga. Do tego były one w nienajlepszym stanie technicznym. Dla pasażerów zabrakło takiego sprzętu. W momencie alarmu i rozkazie opuszczenia statku temperatura wody w Bałtyku wynosiła około jednego stopnia. Dodatkowo szalała nawałnica, a fale sięgały kilkunastu metrów. Był środek nocy, więc większość pasażerów spała i nie miała na sobie ciepłych ubrań, które w lodowatej kipieli i tak na niewiele by się zdały. Ich beznadziejną sytuację dobrze podsumowuje przytoczona w książce wypowiedź Edwarda Kurpiela. Na pytanie Izby, jakie szanse mieli kierowcy, odpowiedział: „Żadne”. 

Heweliusz nadal żywy 

Od katastrofy minęło już ponad 30 lat. Co roku w jej rocznicę jeden z promów udaje się na miejsce katastrofy i rzuca w morze wieniec kwiatów. W 2005 spółka Euroafrica powołała także Fundację „Ludziom Morza”, która zajęła się rodzinami ofiar Heweliusza. Wraku statku nigdy nie wydobyto ze względu na ogromne koszty takiej operacji. Nie ma też statusu podwodnej mogiły, ponieważ większość ciał ofiar sprowadzono na powierzchnię. Wobec tego została celem nurków, którzy pasjonują się spoczywającymi w Bałtyku wrakami.

W naszym morzu, obok Heweliusza, znaleźć można kilka U-Bootów, nazistowski lotniskowiec Graf Zeppelin i inne mniejsze jednostki. Choć wyprawy w ten rejon Bałtyku, nazywany Ławicą Orlą, nie są łatwe, wciąż cieszą się popularnością. Heweliusz kusi, ponieważ niedługo może zniknąć z mapy podwodnych ekspedycji. Według prawa międzynarodowego Morze Bałtyckie musi być dostępne dla statków o zanurzeniu do 15 metrów. Wrak promu zaczyna się już 10 metrów pod powierzchnią wody. W przyszłości może więc zostać wysadzony. 

Fabularyzowaną historię katastrofy Heweliusza zdecydował się opowiedzieć w 2025 roku Jan Holoubek, znany polski reżyser. W produkcji Netflixa w rolę kapitana Ułasiewicza wcielił się Borys Szyc. Elementy katastrofy są zgodne z prawdziwymi wydarzeniami, choć reżyser pokusił się o dodanie wątku kryminalnego, który nie jest potwierdzony faktami. Katastrofa ta nadal, mimo upływu lat, skrywa w sobie wiele tajemnic. Adam Zadworny w swoim reportażu zebrał bardzo obszerny materiał dowodowy, rozważył każdą możliwość i zapytał ocalałych o ich odczucia. Pokazał, że prawdopodobnie nigdy nie poznamy wszystkich faktów tego tragicznego wydarzenia. Jak sam mówi w posłowiu do swojego reportażu: „Wygląda na to, że nawet oficjalna liczba ofiar Jana Heweliusza, którą podają wszystkie źródła – w tym encyklopedie – nie jest prawdziwa”. 

Źródło zdjęcia: Wikimedia Commons, Błażej Maziarz www.maziarz.pl

17 stycznia 2026