Rumuński pejzaż

3 stycznia 2026
[my_coauthors]

Sierpień. Przedpołudniowe godziny w centrum Bukaresztu. Deszcz nierówno popaduje. Wydawać by się mogło, że świat zamarł. Tramwaj zatrzymuje się na przystanku, zmuszając mnie do chwycenia się oburącz barierki. Nagła decyzja: wychodzę. 

Próbuję się zorientować, gdzie jestem. Otacza mnie niska zabudowa, jakby niepasująca do znajdujących się niedaleko wielkich arterii komunikacyjnych Miasta. Patrzę na mapę w telefonie: kierunek północ. Starając się unikać wystających co ówdzie z budynków kabli elektrycznych, szedłem w kierunku rumuńskiego Pałacu Parlamentu. Po chwili zabudowa ustała i wyłonił się On. Olbrzymi gmach otaczała proporcjonalna do niego pustka. Wielopasmowe ulice wyraźnie kontrastowały z nielicznymi samochodami, przejeżdżającymi jakby bez wyraźnego celu. Do pracy w końcu za późno, turystów raczej też nie wiozą, biorąc pod uwagę fakt, że tylko czasami ktoś szedł deptakiem.

Bukareszt nie zajmuje poczytnego miejsca w poradnikach turystycznych, bo jak mógłby konkurować z plażami Konstancy nad Morzem Czarnym czy zamkami Transylwanii? Stoi jakby niechciany: z jednej strony, to w końcu stolica, wypada ją zobaczyć – ale konkretnie co? Niszczejące bloki i wielkie przestrzenie wydrążone w zabudowie starego miasta przez zbrodniczego dyktatora Nicolae Ceaușescu? Nie brzmi to jak propozycja w ramach dwutygodniowego touru po Europie dla turystów zza oceanu. Jednak niech stanie się to pretekstem dla zrozumienia tego kraju, choćby trochę bardziej.

Tak daleko i tak blisko

Na papierze Rumunia wydaje się być podobna do Polski. Jest średniej wielkości państwem europejskim z dostępem do morza. Funkcjonuje w niej gospodarka wolnorynkowa i demokratyczny ustrój. W 2007 roku przystąpiła do Unii Europejskiej. Jest członkiem NATO. Notuje szybki wzrost PKB. Wszystko to traci jednak znaczenie przy spojrzeniu bliżej na życie codzienne Rumunów. Niezmodernizowane bloki, swą szarością wypełniające rumuńskie miasta. Pociągi spóźniają się nawet na krótkich trasach, a sam tabor kolejowy wydaje się mieć najlepsze lata już za sobą. Częsty jest również brak sklepów osiedlowych. Większość handlu opiera się na hipermarketach na obrzeżach miast. Człowiek nieposiadający samochodu od razu staje się ofiarą wykluczenia komunikacyjnego. Widać tu brak inwestycji w usługi publiczne. Równocześnie na własne oczy mogłem zobaczyć rozwarstwienie tego społeczeństwa – dysonans między wyróżniającymi się luksusowymi samochodami zachodnich marek, a tymi kilkudziesięcioletnimi, często sprowadzanymi z Zachodu.

Megalomańskie plany rządzącego Rumunią w latach 1965-1989 Nicolae Ceaușescu do dziś wpływają na kształt tego narodu. Pomimo stanowienia części Układu Warszawskiego w dużym stopniu uniezależnił Rumunię od ZSRR, nawiązując współpracę gospodarczą z państwami NATO. Chciał uczynić z Rumunii regionalne mocarstwo stojące na pograniczu Wschodu i Zachodu. Niestety wszystko to miało się odbyć kosztem zwykłych Rumunów. Postawiono na gwałtowną industrializację oraz kolektywizację rolnictwa. W tym samym czasie, w wyniku racjonowania utrudniono dostęp do wielu, często podstawowych, dóbr konsumpcyjnych. Kryzys gospodarczy ostatecznie przyczynił się do upadku reżimu. Ceaușescu chciał pokazać potęgę kraju, budując nowy gmach parlamentu w samym sercu Bukaresztu. Żeby to uczynić, zniszczył znaczne połacie historycznej części miasta. Ten dialektyczny podział między potrzebą udowodnienia światu, że Rumunia jest wyjątkowa na tle Europy (sama nazwa państwa jest odwołaniem do tworzonych przez historiografię rumuńską związków ze starożytnym Rzymem) a pragnieniem życia w dobrobycie, byciem jak Zachód, rozdziera mieszkańców tej naddunajskiej republiki.

Ucieczka

Samotna para chińskich turystów fotografuje się na tle Pałacu Parlamentu, próbując objąć cały gmach obiektywem. Odrobina prozaiczności na tle tego wszystkiego, podobnie jak wychodząca na barierce rdza. Może to wszystko jest o wiele prostsze, nie potrzeba tu odwołań do historii ani analizowania tożsamości narodu. Ta przestrzeń jest chyba potrzebna Rumunom. Wewnątrz znajduje się siedziba parlamentu, a żywopłot dookoła jest równo przystrzyżony. Nikt nie planuje tu niczego wyburzać i jakkolwiek zmieniać. Tu zdaje się tkwić esencja rumuńskości – wyrażona w próbie pogodzenia się z przeszłością, skierowana zarazem w przyszłość.

Ogrodzenie wije się w bok. Idę dalej, przechodząc przez pasy. Zaczyna się park. Parki w Rumunii stawiają na otwartą przestrzeń. Między drzewami rośnie jedynie wyschnięta trawa. Sama infrastruktura parku jest dość zadbana, czysta. Równolegle widać, że powstawała w podobnym czasie, co Pałac. Zdaje się, iż nic się od tamtego czasu nie zmieniło. Można więc uznać, że zmiana stanowi tu formę tabu. Ruch stanowiłby odmianę tego, jak przeszłość oddziałuje na nas i współczesnego stosunku do niej. Wchodzimy tu w niebezpieczną dla narodów Europy Wschodniej przestrzeń tożsamości historycznej. Na szczęśnie przed tymi przemyśleniami uchroniło mnie coraz bliższe wejście do stacji metra Izvor. Tajemnicza przestrzeń za moimi plecami stopniowo znikała, jakby wszystko widziane przed chwilą było jedynie złudzeniem.

Fot: zasoby własne

3 stycznia 2026