Współczesna Polska i Europa żyją w złudzeniu, że rynek potrafi regulować się sam. To echo starej, skompromitowanej wiary w dogmat liberalny, który już raz doprowadził świat na skraj przepaści. Mimo to wciąż jest powtarzany jak mantra.
W pierwszych dekadach XXI wieku, gdy kryzysy stają się normą, a nierówności rosną szybciej niż PKB, najbardziej rażącym brakiem w świecie polityki jest Keynes. Nie tylko jako figura historyczna, ale przede wszystkim jako głosiciel myśli. Stał na stanowisku, że gospodarka nie jest metafizyką, a konstruktem wymagającym interwencji, korekty i wiążącym się z odpowiedzialnością. Polskiej gospodarce szczególnie dotkliwie brakuje właśnie keynesowskiego realizmu.
Nasz liberalizm to najbardziej szkodliwa ideologia gospodarcza ostatnich 30 lat. Zablokował modernizację, sparaliżował strategiczne myślenie i stworzył jedną z najbardziej absurdalnych, ciągle powtarzanych mantr transformacji: „Polski nie stać na wielkie inwestycje”, „Państwo ma nie przeszkadzać”, „Rynek wie najlepiej”, „Interwencja publiczna prowadzi do marnotrawstwa”. W warunkach chronicznych niedoinwestowań, niskich płac realnych i braku stabilnych mechanizmów redystrybucji polski liberalizm okazuje się nie tyle doktryną wolności, ile doktryną obojętności wobec realnych problemów społecznych.
Procykliczna pułapka Polski i Europy – austerity jako religia
Keynes pisał, że rząd powinien działać „counter-cyclically”, a więc zwiększać wydatki w kryzysie albo hamować nadmiar w euforii. W Polsce natomiast rządzi logika procykliczna, bo „rynek oczekuje dyscypliny”, bo „Bruksela patrzy”, bo „nie można straszyć inwestorów”. Efekt? Prowadzenie polityki austerity (polityki zaciskania pasa) wtedy, gdy powinna być luzowana. Przerzucanie odpowiedzialności na jednostkę wtedy, gdy powinna ją przejąć instytucja. I obsesja na punkcie długu publicznego – mimo że to właśnie inwestycje publiczne są od lat głównym motorem rozwoju w krajach, które dziś uchodzą za wzorcowe. Europa również cierpi na ten deficyt. Nawet po 2008 roku, gdy keynesowskie recepty wróciły na chwilę do łask, Stary Kontynent wpadł w spiralę „oszczędności”, które szybko okazały się oszczędnościami pozornymi.
Liberalni decydenci, chowając się za technokratycznym językiem, podnieśli politykę cięć do rangi moralnej cnoty. Na południu Europy zniszczyło to całe struktury społeczne, a na północy stworzyło nowe formy prekaryzacji. Wschód, w tym Polska, przyjął wszystko bezkrytycznie, jakby keynesizm był jakimś luksusem, na który „nas nie stać”. A przecież Keynes, uważany przez liberałów za rzekomego patrona „rozrzutności”, mówił o czymś zupełnie innym. Mówił o mądrym zarządzaniu popytem, o inwestycjach w przyszłość, które napędzają produktywność i o ochronie społeczeństwa przed destrukcyjnymi cyklami rynkowymi. Problem w tym, że szeroko rozumiani liberałowie wciąż wolą żyć w świecie abstrakcyjnych modeli. Dla nich ludzie nie chorują, nie tracą pracy, nie starzeją się, a państwa nie potrzebują strategii działania, bo wystarczy „zaufanie rynkowi”.
Kapitalizm bez korekty – system, który zjada własne społeczeństwo
W Polsce ta logika przyjmuje szczególnie groteskowe formy. Gdy gospodarka spowalnia, słyszymy, że trzeba zaciskać pasa. Gdy rośnie – że trzeba oszczędzać na gorsze czasy w przyszłości. Liberalny mainstream potrafi uzasadnić każdy brak działania i każdą bierność. Gdyby stosować ich logikę konsekwentnie, państwo powinno zamknąć się na cztery spusty i modlić się o inwestorów. Tymczasem w realnym świecie gospodarki państw, które odnoszą sukces, od Skandynawii po Koreę Południową, stosuje się dokładnie to, czego u nas brakuje – strategię aktywnego państwa, inwestycje publiczne, interwencję antykryzysową i ochronę rynku wewnętrznego. Dlatego można powiedzieć wprost, że dziś brakuje nam Keynesa, i to dramatycznie. Brakuje odwagi, by przyznać, że rynek nie rozwiąże wszystkich problemów. Brakuje wyobraźni, aby wyjść z pułapki liberalnych dogmatów. I brakuje uczciwości, aby nazwać rzeczy po imieniu – polityka gospodarcza bez keynesowskiej korekty jest nieodpowiedzialna zarówno społecznie, jak i ekonomicznie.
To, czego liberałowie nie znoszą najbardziej, to fakt, że Keynes uznaje rolę polityki. Polityki, która ma prawo, a czasem obowiązek, korygować rynek. To dla liberałów bluźnierstwo, bo ich wizja świata opiera się na tym, że politycy powinni jedynie pielęgnować nastroje inwestorów, a nie budować rzeczywiste modele rozwojowe. Problem jest jednak większy, bo bez keynesowskich mechanizmów bezpieczeństwa kapitalizm zaczyna zjadać sam siebie. Staje się systemem, w którym zyski rosną, ale dobrobyt społeczny stoi w miejscu. W którym korporacje akumulują kapitał, a zwykli ludzie tracą stabilność. I w którym inwestycje w realną gospodarkę wypierane są przez spekulację. To nie teoria, lecz dzisiejsza praktyka.
Największy paradoks polega na tym, że Europa i Polska wciąż deklarują wiarę w „racjonalność”. Jednocześnie kurczowo trzymają się doktryny, która dawno przestała tłumaczyć współczesne procesy. Keynes nie był prorokiem socjalizmu. Był realistą. A dziś najbardziej brakuje właśnie realizmu i odwagi, aby przeciwstawić się dogmatom, które spowalniają rozwój i pogłębiają nierówności. Jeśli nie wrócimy do keynesowskiego realizmu, to czeka nas gospodarka oparta na strachu, niepewności i niestabilności. Złe czasy nie nadejdą przez przypadek, lecz będą efektem politycznego wyboru. Liberalnego wyboru. Błędnego wyboru. Warto przypomnieć, że coś takiego już przerabialiśmy. W latach 20. XX wieku świat też wierzył, że rynek sam się naprawi. Skończyło się Wielkim Kryzysem, masowym bezrobociem i dopiero keynesizm wyrwał świat z zapaści. To była pierwsza wielka korekta historii. Dziś potrzebujemy drugiej.
Źródło grafiki: Wikipedia


